Polecane Strony:

multiprodukt.pl - pergo
gmsrecruitment.com - Praca lekarz
rol-dan.pl - rolety zewnętrzne poznań
galeriamody.wroclaw.pl - suknie ślubne wrocław
transpar.com.pl - taxi bagażowe Warszawa
Zapraszamy.
A A A

KSIĄŻĘ BUONATESTA

 

 

 

Feliks Jabłczyński.

KSIĄŻĘ BUONATESTA







ROZDZIAŁ I.

Cichy, letni wieczór zapadał powoli nad miastem. Słone opary morza czuć było w powietrzu. Wznosiły się nad przymgloną linją horyzontu, pełne fioletów purpury i złota. Na pełnem morzu tu i owdzie połyskiwały żagle: niedostrzegalny wiatr nieznacznie zbliżał je ku przystani; w porcie, na barkach gotowano wieczerze. Wybrzeże pełne było ludzi: po skwarnym dniu używano chłodu i orzeźwiających powiewów morza.
W starej dzielnicy, oddzielonej od wybrzeża pasmem wzgórz, wieczór był trochę inny.
Toż samo niebo gorącym, przymglonym błękitem błyszczało w górze, nad dachami, lecz nie miało dość siły, aby rozpędzić cienie wązkich uliczek, które kręciły się pomiędzy ścieśnionymi szeregami wysokich, starych domów. Młodsza ludność wyległa na place śródmieścia. Przed sieniami, w oknach siedziały tylko baby, dzieci i starcy. Pustawo było tu i spokojnie.
Na uliczce Ś-go Marka, która kilku skrętami otoczała tyły kościoła tegoż świętego, była zupełna cisza.
Zaraz za pierwszym skrętem, naprzeciwko absydy kościoła, ciągnął się niewielki mur z cegły na podmurowaniu z granitu, stary, poobijany. Gzems miał z piaskowca. Na nim osadzono kutą kratę żelazną, miejscami tylko widoczną, bo oplatały je gęsto kwitnące glicynie. Wielkie niebieskie kiście, koloru nieba, grały błękitem w niepewnem świetle zapadającego wieczoru. Z ponad nich widać było ciemną zieleń drzew jakiegoś ogrodu.
Mur i glicynie kończyły się przy wązkim, trzypiętrowym domu z kamienia.
Stał niby nie na swojem miejscu, pokryty cały rzeźbą z arabesków. Szczególniej niewielki portal cały był koronką. Wyszła z pod dłuta jakiegoś maurytańskiego artysty, rozkochanego w czystych harmoniach linii. Plotły się one rytmicznie, wykwitne, lekkie, bogate, opowiadając bez słów, bez obrazów jakieś historye życia, snów i miłości, językiem zaklętym w kamień na samotnej fasadzie w zaułku, gdzie nie było nic żywego, prócz kwitnących glicynij, zwieszających wielkie, błękitne kiście z żelaznych krat na pustą uliczkę zakościelną.
Pałacyk był trochę zrujnowany. Znać było, że przesunęła się po nim nawa epoka, inny świat. Grube kraty w oknach, ciężkie, miedzianą blachą okute drzwi nie mówiły nic o arabskiej, rycerskiej gościnności synów pustyni. Przeciwnie.
Drzwi te miały grube, ciężkie ornamenty, wybite na blasze — pierwotne, prawie dzikie. Przypominały one północ, wczesne czasy romańskie z okresu normandów — czasy tumultów ulicznych i wojen miejskich.
Wejście to prowadziło do otwartej galeryi, która ciągnęła się w głąb i kończyła się schodami. Na ścianach i na sklepieniu resztki jakich fresków, bardzo zniszczonych, pozacieranych nowym tynkiem. Galeryę podpierał szereg podwójnych, lekkich, kolumn maurytańskich, szczupłych, wysmukłych. Pomiędzy niemi roztwierał się widok na ogród.
Był to jeden z owych zacisznych, południowych ogrodów wśród murów, w których bujna roślinność krzewi się, plącze, wyzyskując każdy kawałek ziemi, każdą szczelinę, każdy występ muru, o kóry się tylko zaczepić może. Stare, pokręcone oliwki, platany, drzewa figowe, wielki kasztan, pomarańcze i cytryny; na murach wino i glicynie, spodem, w kwiecistym darniu, krzaki róż, drzewa mirtowe, palmy karłowate zapychały formalnie ten niewielki kawałek ziemi, otoczony murami, tworząc miejscami gęstwinę zbitą i cienistą, przez którą przedrzeć się było trudno.
Niebo ciemniało, powoli przechodząc w siność i granat. Poczęły się ukazywać gwiazdy.
Pod starą, rozłożystą oliwką, przy stole wkopanym w ziemię, siedziało dwoje osób — mężczyzna i kobieta. Kilka plecionek z owocami, ciasta i wino, pęk róż, porzuconych na stole, uroczysty spokój, niebo przeglądające między plątanką gałęzi, mięki, zciszony głos kobiecy, jej atłasowa, różowa suknia wycięta, biały gors, który błyszczał pięknem ciałem w barwnym mroku — wszystko to mówiło, że w tym zakącie sztuki i natury obrał sobie schronienie i inny jeszcze kwiat życia.
Kobieta mogła mieć lat dwadzieścia trzy, cztery. Szatynka, biała z dużemi, wesołemi oczyma, z uśmiechem dziecka, głosem miłym, siedziała, przysunięta do swego towarzysza, który oparłszy głowę na dłoni, bawił się jej białymi, drobnymi palcami i słuchał. Mógł mieć lat dwadzieścia siedm. Ciemny blondyn, z twarzą podłużną o rysach bardzo regularnych, łagodnych, smagły i silny, siedział, słuchając słów towarzyszki, odpowiadając jej tylko od czasu do czasu tak, jak gdyby przemawiał do dziecka. Ubrany w jasno niebieski kostyum, mały sztylet wisiał mu u pasa. Na głowie czarna, sukienna czapka nasunięta na oczy — dosyć duże, ale zmniejszone lekkiem opadnięciem powiek,
nieco zmęczonych i ciężkich.
W oczach tych taiło się coś, co zastanawiało, kazało domyślać się, że pod niewiele mówiącą, zwyczajną powłoką młodego, pięknego mężczyzny kryje się jakaś natura niezwyczajna, trudna, sięgająca daleko, przeznaczona na to, by się wyróżniać. Wpływ jej widoczny był na siedzącej obok kobiecie: poddawała mu się zupełnie, szczęśliwa, że ma kochanka, którego kochać może wszyst-kiem, oddać mu się zupełnie, całkowicie.
Zmierzch szybko zapalał gwiazdy, zieloność ogrodu ciemniała. Po chwili na ścieżce ukazała się figura męzka w ciemnym długim chałacie z sukna, w pilśniowej czapce podróżnej, z kijem w ręku i niewielkim tłó-mokiem na plecach.
Giulio wstał.
— Cóż mój ojcze wybierasz się, nie dasz się przekonać, że robisz to napróżno?— odezwał się młody.
Stary potrząsnął głową przecząco.
— Wiem co robię, rzekł.
— Już późno, pójdę z tobą.
— Nie potrzeba. Giulio opuścił głowę.
— Ale, byłbym zapomniał, dodał nowoprzybyły, sięgając w zanadrze. Stary już jestem — rzekł, wyjmując jakiś papier. Odebrałem list od Benvenuta z Rimini. Masz, przeczytaj. Ja nie mogłem, bardzo drobno i niewyraźnie pisze, mam oczy słabe. Opowiesz mi, jak powrócę. A teraz czas — jutro muszę być z powrotem, rzekł głosem cichym, zmęczonym.
Był to mężczyzna lat sześćdziesięciu, nizki, szczupły, zawiędły, z twarzą pokrytą gęstym zarostem, z parą niewielkich, ciemnych oczu, które patrzyły się jakoś dziwnie, zarazem badawczo i dobrotliwie.
Zrobiło się późno. Z poblizkiej wieży św. Marka rozległ się dzwon na Anioł Pański. Dźwięczny, jasny spiż zabrzmiał w powietrzu donośnie. Przez kilka minut z wieży na okolicę zlatywały uderzenia, przerywane chwilami ciszy. Wreszcie odezwało się ostatnie. Kilka nieokreślonych podźwięków uspakajającego się dzwonu zamajaczyło gdzieś wysoko.
I wszystko ucichło.
Stary Mario począł się żegnać pospiesznie. Wkrótce po tem słychać było w galeryi jego kroki. Furta skrzypnęła raz i drugi.
W ogrodzie pozostał tylko Giulio ze swoją towarzyszką.
Przez chwilę milczeli. Następnie zbliżyła się ona, zarzuciła mu ręce na szyję, przycisnęła się mocno do piersi i tak stała, oczekując. Po chwili uścisk jej osłabł.
— Coś ty taki? — rzekła łagodnie. — Żal ci ojca? Smutno ci, że odszedł sam? Może chciałeś

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 48 Następna »